In love with 'We'll take Manhattan'

5:35 PM

Jako największy fail życia (zaraz po kilku razowym wyjściu z toalety z podwiniętą spódnicą, wpadnięciu do jeziora w ubraniach i zgubieniu się w centrum handlowym jako ośmiolatka, co zakończyło się uroczym 'Karolina Tworkowska, lat 8, czeka na mamę w punkcie obsługi klienta' nadawanym z głośników) uważam swoje wakacje sprzed dwóch (lub trzech?) lat, które w 70% spędziłam na oglądaniu seriali. I jakkolwiek błędu tego nie zamierzam powtórzyć (co aktualnie działa na zasadzie, że nie oglądam właściwie nic) to teraz, korzystając z odrobiny wolnego czasu, co wieczór staram się nadrobić filmowe zaległości (wstyd się przyznać, ale z filmami też u mnie słabo, braki mam nawet wśród klasyków pokroju Amelii!). Na mojej liście (składającej się, notabene, z jakichś 150 pozycji) widniało też We'll take Manhattan. O filmach raczej tutaj nie piszę (a powinnam robić to zdecydowanie częściej) (napiszę jeszcze raz ZDECYDOWANIE caps lockiem, tak tylko, żebyście zrozumieli i żeby sama przy okazji miała to na uwadze). Obejrzałam go już ponad miesiąc temu, zauroczona chodziłam trzy dni udając, że poruszam się z gracją i wdziękiem jak Jean Shrimpton, rozważając przy tym ścięcie włosów, kolejny tydzień próbowałam nauczyć się ukochanego, brytyjskiego akcentu Davida Bailey'a. Trzydzieści kilka dni od seansu w końcu przybrałam się, żeby coś na ten temat napisać.

Mieliście kiedyś takie uczucie, że po pięciu minutach filmu, czołówce serialu, dwóch uderzeniach perkusji w piosence albo trzech kartkach książki byliście pewni, że to będzie coś wyjątkowego? Że nawet jeśli, obiektywnie rzecz biorąc, czytanej przez was na wdechu powieści nikt nie wpisałby na listę lektur szkolnych, a z biletów na wielbiony przez Was film zysk byłby niewielki, to i tak zapominacie przełykać ślinę podczas seansu? Moi znajomi, jak zwykle wyprzedzający mnie we wszelakich kulturowych nowościach widzieli We'll take Manhattan kilka miesięcy temu. Polecili, bo moda, bo Nowy Jork, to Karolinie się spodoba. I tak teraz siedzę i się zastanawiam, czy na prawdę tak łatwo mnie kupić - wrzucić do jednej historii Vogue'a, urokliwą dziewczynę, żółte taksówki i tyle? Ale nie, chyba nie. Ja nie przeżywam tak bardzo scenariuszy. Chodzi o klimat.
Bardzo lubię historie o młodych, zdolnych ludziach z wizją. Nieśmiało uśmiecham się na scenach, gdy Bailey niczym niesforny chłopiec robi na przekór stylistce Vogue'a, dla którego realizuje sesję zdjęciową. Nie mogę oderwać wzroku od Jane, na ogół mało mówiącej, ale odważnie porzucającej dom rodzinny na wsi w poszukiwaniu spełnionych marzeń. Właściwie dopiero po obejrzeniu filmu zorientowałam się, że był on oparty na faktach (a przynajmniej wystąpiły w nim prawdziwe osoby) (to tylko potwierdza tezę, że siedziałam przez dwie godziny wpatrzona w ekran - znam przecież prace Davida Bailey'ego, o Shrimpton co prawda nie słyszałam, ale pojawiającą się epizodycznie Dianę Vreeland zignorowałam, ciekawa dalszej części opowieści).

Od początku podobało mi się podejście Davida, kiedy w środku sesji zdjęciowej oświadczył swojemu szefowi, że zakłada własne studio i ma zamiar robić zdjęcia zgodne ze swoją estetyką. Ma do tego talent - wkrótce odzywają się do niego ludzie z Vogue'a, a on... dyktuje własne warunki, rzucając słuchawką. Zgodnie z zasadą 'im bardziej jesteś oschły, tym bardziej Ciebie chcą', dostaje kolejne propozycje. W międzyczasie poznaje Jean (w bardzo filmowo-romantyczny sposób, oczywiście w momencie, gdy dziewczyna niezgrabnie siedzi załamana na ziemi. Nie muszę chyba mówić, że będą parą?). Co w mojej osobistej skali dodaje kilka punktów dla filmu, oboje pochodzą z niższych sfer. I oboje zostają później docenieni przez najbardziej prestiżowe czasopisma.

We'll take Manhattan spełnia chyba moje wszystkie filmowe wymagania. Jest dramatem, ma niesamowity klimat poprzedniego stulecia (wszystko co stare w filmach, jest fajne ~ K. Tworkowska), pokazuje jak talent i własna, stanowcza opinia przynosi efekty, i oczywiście zawiera element modowy. Na wieczór z mrożoną kawą - polecam!
PS. Serio, ściąć te włosy?



pictures used in this post aren't mine

You Might Also Like

12 COMMENTS

  1. muszę koniecznie zobaczyć ;D
    a włosy masz ładne ;)

    ReplyDelete
  2. Replies
    1. tak, właśnie ostatnio założyłam i UZALEŻNIENIE! :D

      Delete
    2. znam ten ból! jak się nazywasz?

      Delete
    3. Nazywam się. . Tak jak mnie ochrzcili xd mam z fejsem połączone, nie mam nicku. Karolina Tworkowska :)

      Delete
  3. myślałam, że to ty na zdjęciu w okularach :O

    ReplyDelete
    Replies
    1. haha, właśnie kilka osób mi to pisało, LOL

      Delete
  4. Przed chwilą skończyłam oglądać ten film i rzeczywiście był świetny! Mogłabyś mi polecić jakieś filmy o modzie z Twojej listy? Również mam braki, a w te wakacje postanowiłam to nadrobić ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. No pewnie! Moja lista jest długa. Na pewno September Issue, Bill Cuningham New York (uwielbiam ♥), resztę mam wypisaną: Yves Saint Laurent (zarówno ten stary dokument jak i ten z tego roku), The Secret World of Haute Couture, "Dior & I", Yohji Yamamoto: This Is My Dream, Marc Jacobs & Louis Vuitton, Valentino: The Last Emperor, McQueen and I., The Tents, Vanity Fair. Targowisko próżności, Vogue: Spojrzenie redaktorów, Models: The Film, Diana Vreeland: The eye has to travel (super jest), Szukając Vivian Maier (to raczej nie jest modowy ale w tych klimatach), Mademoiselle C, oczywiście jeszcze wszelkie o Coco Chanel ;)

      Mam nadzieję że coś Cię zainteresuje, pozdrawiam

      Delete
    2. Jeszcze jedno pytanie: na jakiej stronie oglądasz te filmy w polskiej wersji?

      Delete

like me on facebook

Subscribe