Vogue behind the scenes

12:30 PM

Znacie to uczucie, kiedy dostajecie coś, o czym nawet nie śniliście? Może raczej zapytam, czy ekscytowaliście się kiedykolwiek zespołem i mogliście pójść na ich koncert, albo może koleżanka zdobyła dla Was autograf ulubionego aktora? Mam na myśli takie małe doświadczenia które w jakiś sposób przybliżają nas do największych marzeń i dają małą przepustkę do świata niedostępnego zwykłym zjadaczom chleba. 

Tak.

Tak właśnie czułam się ja czytając tę książkę.

Swego czasu miałam przesyt tej widocznej na wszelkich Instagramach pozycji (tak to już jest jak PR-owcy postanawiają wysłać wszystkim blogerkom ten sam prezent), ale tuż przed wyjazdem do Londynu stwierdziłam, że jestem zbyt ciekawa jej zawartości żeby udawać hipstera i nie przeczytać jej tylko ze względu na zbyt duży nakład i tego typu nachalną promocję. Samo słowo Vogue w tytule mi wystarczyło, oczy zaświeciły mi się prawie jak na widok bezglutenowych ciasteczek i po szybkiej wizycie w księgarni (oficjalne podziękowania osobie odpowiedzialnej za usytuowanie księgarni przy przystanku autobusowym) zabrałam się do czytania. 

Książki dzielę na dwa rodzaje - te, które czytam ze względu na świetną historię, język, kunszt artystyczny który dostarcza wrażeń sam w sobie oraz te, które po prostu mają coś do przekazania, opisują realne wydarzenia, ale niestety, nie wciągają jak te pierwsze. Tak więc, jak się pewnie domyślacie, Za kulisami świata mody należy do tej drugiej kategorii. Lekturę rozkładałam sobie na wiele dni, krótkie przejazdy metrem bądź double decker'em, rozkoszowałam się tymi smaczkami, anegdotami z udziałem najbardziej znanych osób ze świata, w którym tak bardzo chciałabym się znaleźć.

Historia może trochę przypominać Diabeł ubiera się u Prady - dziewczyna mająca dwa cele: opuścić rodzinne, małe miasto i pisać. Mieszkająca w Australii Kristie przeprowadziła się po maturze, łapiąc się przy tym różnych prac, od biura maklerskiego aż po księgarnię. Do Vogue'a dostała się przypadkowo - przeglądała ogłoszenia w gazecie, a australijskie biuro znanego na całym świecie magazynu potrzebowało recepcjonistki. Spróbowała. Została dwadzieścia pięć lat. Trzynaście była redaktor naczelną.
Nancy, która miała całą szafę ubrań znanych projektantów, wspaniałomyślnie podarowała mi granatowy żakiet od Giorgio Armaniego, wiedząc, że mnie na taki nie stać, Nosiłam go przez wiele lat, aż w końcu mi wyblakł od ciągłego prania chemicznego i musiałam się z nim pożegnać, ale dzięki niemu czułam się częścią "Vogue'a".
Ciężko zaprzeczyć, że sukces takich książek opiera się na opowiadaniu innym o historiach wydających się niemożliwymi (nazywam to syndromem from zero to hero), a jako że sama autorka obecnie nie pracuje już w Vogue'u, prawdopodobnie przychód z bestseller'a zapewnił jej nowy wymiar bycia znaną, jak i bogatą. Czasami miałam wrażenie, że tak właśnie pisana była ta książka, na zasadzie "odegram się, bo mnie zwolnili". Ale cała opowieść zaczyna się właściwie od końca, od momentu zwolnienia Kristie z pozycji redaktor naczelnej, co więcej, w pamięci zapadły mi dwa zdania
Z jakiegoś powodu czułam dziwną ulgę (...). Był to koniec Vogue'a jakiego znałam
Przez cały czas, kiedy z zapartym tchem wertowałam lekturę, podświadomie zgadzałam się z autorką w większości opinii - czy to w kwestii wspierania lokalnych, australijskich modelek i fotografów, współpracowania z Karlem Lagerfeldem przy tworzeniu jubileuszowego wydania magazynu, odbudowywania Vogue'a Australia po wcześniejszej redaktor naczelnej, ale również wiary w jakość, która wygra z natłokiem blogerek modowych, przestylizowanych gwiazd mody ulicznej i internetowych magazynów. Kristie odebrałam jako bardzo mądrą i utalentowaną w tym co robi(ła) osobę, która faktycznie widziała w Vogue'u coś więcej niż tylko splendor i wielkie nazwiska, która potrafiła docenić i porozmawiać szczerze z celebrytą, ale też wyjść z synami na spacer. Bardzo bawiły mnie fragmenty, gdy opisywała swoją ekscytację, tak naturalną dla każdego, kto znalazłby się na jednym przyjęciu z sir Paulem McCartney'em albo w luksusowym hotelu w Nowym Jorku, czy Tajlandii. 

Specyfika pracy w branży modowo-wydawniczej w oczach ludzi dookoła, przynajmniej mnie, wydaje się śmieszna, relaksująca i polegająca na sączeniu drinków z palemką na plaży. Tymczasem Clements dokładnie opisuje natłok obowiązków, noce spędzone w biurze, głupie, ale mogące mieć poważne konsekwencje problemy w stylu "modelka z depresją, która postanowiła płakać na sesji okładkowej a drugiego dnia uciekła z fotografem". Cieszę się, że autorka postanowiła się podzielić cała produkcją Vogue'a "od kuchni", nie szczędząc przy tym szczerych wyznań, chociażby dotyczących rangi poszczególnych wydań magazynu (australijski nie był sytuowany wysoko) lub narzuconych cięć kosztów, nakłaniających do, czego osobiście bardzo nie lubię, przedrukowywania sesji, okładek czy artykułów z innych krajów. 

Najbardziej zapadł mi w pamięci jeden fragment, który wstawiłam jakiś czas temu na Instagram
Szybko zbliża się dzień, w którym pismo i jego stronę internetową wypełniać będą "pożyczki", sesje promocyjne przekazywane przez klientów oraz instagramy członków redakcji. A kierownictwo najwyższego szczebla będzie się dziwić dlaczego nakład spada i obwiniać o wszystko redaktor naczelną.
Nie przyjdzie im do głowy, że czytelnik zorientował się, że został zrobiony w konia
Warto przeczytać "Za kulisami świata mody" (jak bardzo sztampowo by ten tytuł nie brzmiał) nawet dla samej świadomości, jak pasjonujące, ciekawe, ale i ciężkie może być pracowanie w magazynie tego szczebla. Ja myślę, że będę jeszcze wracać do niektórych rozdziałów, nawet jeśli nie dane mi będzie nigdy przeżyć coś takiego samej.  

You Might Also Like

1 COMMENTS

  1. Hej,
    Przypomniałam sobie, że muszę kupić tę książkę właśnie przez twoje zdjęcie na instagramie i wczoraj skończyłam ją czytać.
    Miałam podobne wrażenie odnośnie "odegram się, bo mnie zwolnili" - wydaje się, że lata Kristie to złote lata Voguea i tylko jej ekipa może odpowiednio poprowadzić gazetę. Szkoda, że nikt nie pomyślał o odnośnikach do sesji czy okładek, które opisywała Kristie. Książkę czytałam z telefonem ;)

    ReplyDelete

like me on facebook

Subscribe